Restrukturyzacje molochów (w tym państwowych)

Nie zawsze to fetyszyzowane związki zawodowe są największą przeszkodą na drodze do wprowadzenia zmian. Dla kogo pracują państwowe firmy ?

Fiat, LOT, kilka dużych banków, Grupa PKP, Poczta Polska – coraz więcej dużych firm anonsuje pokaźne redukcje zatrudnienia. Przedsiębiorstwa czysto komercyjne kierują się rachunkiem ekonomicznym i wolą pomnażania zysku i optymalizacji aktywów wyrażaną przez właścicieli. Inaczej jest w spółkach z pokaźnym, w tym większościowym udziałem skarbu państwa – tu, mimo, że firmy również działają komercyjnie, ścierają się racje ekonomiczne i polityczne. Taki koktajl powoduje ostre nudności u menedżerów, którzy nie przyszli wyłącznie z politycznego klucza „sprawdzić się w biznesie” (jak osławiony prezes niegdysiejszego PSE wywodzący się z ludowców), ale pracują kierując się dobrem przedsiębiorstw, które płacą im w imieniu podatnika. I tu zaczyna się problem. Chęć utrzymania się przy władzy nie pozwala politykom na dokonanie radykalnych i absolutnie niezbędnych akcji i zmian. Politycy zaś krępują ruchy zarządzających spółkami. Prezesi i zarządy z rękami związanymi przez ministra skarbu w wielu wypadkach cierpią katusze nie mogąc przedsięwziąć działań, które w firmie „niepaństwowej” przeprowadziliby natychmiast, albo robią rzeczy, do których nawet przysłowiowa ręka boska nie byłaby w stanie ich przymusić. Ekwiwalentem za te cierpienia są obchodzące głupią, skądinąd, ustawę kominową, pakiety kompensacyjne i „złote spadochrony”, przy pomocy których lądują miękko po zakończeniu „misji”.



Kiedy wszakże przychodzi już do zmian i wrota restrukturyzacji otwierają się, wehikuł nie może ruszyć z martwego punktu i mimo wielu podejść, prób i wysiłków, nadal stoi w miejscu. Najczęściej interesariusze takich procesów wskazują na związki zawodowe jako głównego hamulcowego blokującego, wbrew oczywistemu interesowi firmy, akcje optymalizacyjne zwiększające produktywność i konkurencyjność. Czy tak jest rzeczywiście ? Częściowo z pewnością tak; wszak to w dużej mierze związkowe knowania doprowadziły do odejścia nowego-starego prezesa LOT, Sebastiana Mikosza. Jestem ostatnim, który broniłby związkowców, zazdrośnie strzegących swoich często pełnoetatowych synekur w wielkich firmach, mimo to jednak nie zgadzam się z obarczaniem związków zawodowych odpowiedzialnością za całe zło. Mimo, że dzierżące w dłoniach siłę sprawczą i ochronę płynącą z wadliwego ustawodawstwa (a to za sprawą najnowszej naszej historii), nie zawsze to one są wszystkiemu winne (zagadnienie współpracy z trudnymi partnerami społecznymi poruszę w osobnym materiale).

Państwowy właściciel, ręką rządzących (bez względu na ich opcję polityczną) twardo egzekwuje stan rzeczy, który ma pomóc w utrzymaniu władzy. Wyborcy (a są nimi też pracownicy państwowych spółek i ich rodziny) są adresatami działań i zaniechań zdecydowanie nie służących kondycji przedsiębiorstw, dla których pracują, a zarządzający nimi tańczą tak, jak zagra im rząd. To patologia, bo to nie rząd, ale podatnicy są w istocie właścicielami państwowych molochów. To oni pokrywają ich koszty, również koszty wynagrodzeń. W ich interesie jest zatem rentowność tych firm, która z kolei przez rządzących jest torpedowana w imię uzyskania korzystnego wyniku wyborczego.

Ostatnie dzieje LOT-u pokazują dobitnie stopień skomplikowania układu sił miotających losem „narodowego przewoźnika”. Z jednej strony chęć utrzymania przez państwo własnej linii lotniczej symbolizującej (nie wiem dlaczego) naszą niepodległość, z drugiej zacietrzewione związki, z trzeciej rynek, konkurencja i widmo bankructwa, z czwartej konieczna, wynikająca z tego konieczność restrukturyzacji, z piątej niezbędna przebudowa modelu biznesowego – można wymieniać w nieskończoność. Źle, że dopiero prośba o pomoc publiczną obudziła premiera i skłoniła go do żądania zmian i uzależnienia losu ministra skarbu od efektów tej pracy. Wyjaśnienie leży w społecznym oburzeniu, które towarzyszy tej LOT-owskiej „never ending story” i może przełożyć się na sondaże lub wyborczy wynik. Z jakich powodów Pan Premier nie wspiera z równą determinacją zmian w Poczcie Polskiej czy PKP ? Czy dlatego, że jeszcze nie eksplodowały ? A może lepiej tego wsparcia udzielić (w tym przeprowadzić przez parlament stosowne zmiany legislacyjne) zanim lont spali się w całości ? Czym kieruje się rząd i dla kogo w istocie pracują państwowe spółki ?
Trwa ładowanie komentarzy...