Nowa płyta Rush

Fabryka dźwięków nieoczywistych nie spuszcza z (wysokiego) tonu

Z tym Rush to jest śmiesznie, bo w Europie, w tym w Polsce, to specjalnie popularni nie są. W Amerykach za to (i to obu) ta kanadyjska superkapela to mega gwiazda. O tym jak są cenieni za Atlantykiem niech zaświadczy fakt, że jako support w czasie jednej z tras koncertowych grał przed Rush zespół Marrillion, i to w czasach, kiedy śpiewał tam Fish ! Diabli też wiedzą jak ich muzykę klasyfikować, bo to coś o wiele więcej, niż rock progresywny - czasem hard rock, czasem rock symfoniczny; kupa tych brzmień w tej muzyce się mieści.



Jedno jest pewne: nikt na świecie nie gra tak jak Rush. Sporo kapel próbowało to podrabiać przez wiele lat i nic z tego. Fascynujące jest też to, że kolesi jest tylko trzech (!) a bogactwo brzmienia, również tego na koncertach, jest olbrzymie. Zawsze mnie intrygowało, jak Geddy Lee to robi, że potrafi jednocześnie tak niewiarygodnie wywijać na tym basie i śpiewać. Tym bardziej, że podziały rytmiczne w muzyce Rush, stopień skomplikowania motywów wchodzących w skład utworów i ilość tych motywów, budowane w poprzek harmonie i kontrapunkty są wprost niewiarygodne. A przecież Geddy gra jeszcze na ręcznych (i nożnych !) klawiszach. Jednocześnie poziom profesjonalizmu i wirtuozerii pozostałych muzyków (Neil Peart - perkusja i Alex Lifeson - gitary) w niczym nie ustępuje temu, który pokazuje lider kapeli. Jeszcze jedną charakterystyczną cechą muzyki zespołu jest wywindowanie sekcji rytmicznej (ze szczególnym uwzględnieniem basu) do roli lokomotywy prowadzącej poszczególne motywy nie tylko rytmicznie, ale też muzycznie.

W podtytule niniejszego tekstu napisałem o fabryce dźwięków nieoczywistych, bo niemal każda fraza muzycznych konstrukcji Rush zaskakuje. Kolejne kompozycje przynoszą ze sobą co chwilę fascynujące zwroty akcji i pewnie dlatego zdecydowanie nie jest to muzyka do słuchania w czasie obierania ziemniaków, mycia okien, czy odmalowywania pokoju gościnnego. Słuchać Rush trzeba w sposób zdecydowanie skoncentrowany. Słuchać ich trzeba tak, jak oni grają - z szacunkiem i wytężoną uwagą, z wrażliwością skierowaną właśnie w ten jeden punkt.

A teraz o tej nowej płycie. Choć "Clockwork Angels" nie powala na kolana, to trzeba przyznać, że chłopaki odwalili kawał dobrej i solidnej roboty. Bywało lepiej ("Permanent Waves", "Moving Pictures", "Presto", "Power windows") i bywało gorzej ("2112", "Signals", "Snakes & Arrows"). Jest spójnie i w temacie, wyraźnie słychać powrót do kilku brzmień z lat 80-tych i to robi temu krążkowi dobrze. Nie znajdziemy tu hiciorów w rodzaju dobrze pamiętanych z poprzednich płyt "Spirit of the Radio", "Tom Sawyer", "Hold Your Fire", "Closer to the Heart" czy instrumentalnego "YYZ" ale to nie umniejsza w niczym najnowszemu produktowi. Jak zwykle, Rush rusza w trasę koncertową, którą promować będzie płytę. Czy w czasie którejś z nielicznych wizyt w Europie zawita do Polski ?
Trwa ładowanie komentarzy...